Na Facebooku: ja.
Mam kolegę z zespołu, który też ma kolegę, i to nie tylko z zespołu. Tak znalazł się wspólny mianownik. Rozmowa interface to interface. O nieuchronności czegoś, o zwykłych sprawach, które ani nie cieszą, ani nie martwią. One są, bywają, przychodzą znienacka i odchodzą to wte, to wewte.
Gryzło mnie poczucie niemocy związane z kulturą szczęśliwości cywilizacji Zachodu ponad miarę. Właściwie, czy może być jakaś miara szczęścia, radości, hedonizmu, bufonady. Kluczem był dla mnie altruizm. ATAWISTYCZNY ALTRUIZM. Czyli niby pomagamy w odruchu serca, ale nasz umysł kalkuluje. Jeśli nie będzie to uzysk merkantylny albo też nikt tego nie zobaczy, to przychodzi błogie uczucie przyjemności – pomogłem, dałem itp., i ta euforia wciśnięta w siebie rozrasta się na chwilę, na dzień, na dni kilka. A potem jeszcze wspomnę: co miesiąc robię przelew na UNICEF.
A i tak to droga szybka lub powolna do umierania. Nie czuję zazdrości do tych, którzy wierzą, że im bozinka pierzynkę szykuje.
Gorzej się czuję, gdy umieranie jest kolejnym etapem umierania prowadzącym do życia. Nie-bytu (Heidegger lubił te łączniki, a po nim polubili je inni filozofowie i literaturoznawcy – gra nie-warta świeczki, bo słowa nic nie znaczą).
Andrzeju, aleś mi dziś klina zabił. Czuję się ociosany jak pieniek bez kory i soków. Ale nie myślę – cudowne uczucie. Taki momencik, okamgnienie.
To mnie nie zmieni, gdyż dziś i jutro znowu będę: ja.
Do zobaczenia po przejściu karawanu…